poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Warhammer FRPG – Ile jest warte 50 złotych koron w Starym Świecie.



Czas wakacji i urlopu nieubłaganie zbliża się ku końcowi, pora więc podsumować to, co się wydarzyło w ostatnich sesjach WH FRPG. Będzie to raczej mniej szczegółowy opis losów Rufusa Hubera i jego przyjaciół, gdyż po tak dużej przerwie niektóre ze szczegółów bezpowrotnie zostały zapomniane. (Trzeba było spisywać na bieżąco ale wszyscy wiemy jak to jest podczas wakacji ;) )
A więc...

Zaczęło się jak zawsze, w karczmie „U Kata”. Po paru kuflach podłego miejscowego piwa, Rufusowi udało się przekonać Ingwara, do tego by zrobił mu jeden ze swoich „magicznych” tatuaży. Młody tatuażysta z lekkim zdenerwowaniem, przystąpił do pracy i już po paru godzinach Rufus mógł się pochwalić całkiem udaną głową trolla na swoich plecach. Opijając dzieło „młodego” Rolf Errlich zauważył przez okno karczmy człowieka, który wzbudził jego niepokój. Po chwili przypomniał sobie kto to był – jeden ze zbrojnych, pozostawiony na pastwę wampirowi podczas wyprawy do kopalni na Mglistych Wzgórzach. Nie musiał długo przekonywać Ingara i Rufusa do tego żeby sprawdzić gdzie ten typ idzie. Cała trójka podążała jego śladem aż do Ogrodu Morra, położonego niedaleko bramy wejściowej do Oldenlitz. Niestety, na cmentarzu trop się urwał, a Ingwar i Rufus - dodatkowo znieczuleni piwskiem - skończyli tropienie wpadając do świeżo wykopanego grobu z którego wyciągać ich musiał miejscowy kapłan...
            Po tym obciachu, przyjaciele wrócili do knajpy, która wydawała się najwygodniejszym i najbezpieczniejszym miejscem. Tam też odnaleźli ich następni podróżni, zainteresowani wynajęciem kogoś, kto zna się na robocie. Tym razem było to dwóch przybyszów w płaszczach z głębokimi kapturami i sakiewkami, oszczędnych w słowach, którzy wyglądali na elfy lub wyjątkowo zniewieściałych uczonych ( gdyby ktoś z naszej ekipy widział elfa, to była by pewność:) ). Mieli do zaoferowania to coś, co przekona każdego bywalca mordowni „U Kata” do ruszenia dupy, 50 złotych koron na głowę za prostą robotę. Potrzebowali eskorty i przewodników podczas wyprawy do kurhanów znajdujących się gdzieś na Mglistych Wzgórzach.
            Wyruszyli więc następnego dnia skoro świt. Droga do kurhanu przebiegała wyjątkowo spokojnie z małym wyjątkiem. W pobliżu mostu, w okolicach gdzie Rufus i Walter znaleźli truchło trolla, Huber postanowił zajrzeć do jaskini pod mostem. Gdy marne światło pochodni oświetliło wnętrze pieczary, Rufus zobaczył pod ścianą wielkie zielone cielsko trolla z śmiesznie małą głową (A jednak się skubaniec zregenerował...). Przygłupie oczy potwora wpatrywały się w awanturnika, a raczej w jego plecy gdy z krzykiem wracał ostrzec resztę o tym co znalazł (Albo co obudził...) Nikt nie był tym znaleziskiem zachwycony, nikt prócz Waltera, który wraz z Rufusem chciał ubić poczwarę, zastawiając na nią jakąś zmyślną pułapkę. Niestety nie udało im się przekonać do swoich zamiarów reszty podróżnych i ruszyli w dalszą drogę odciągając uwagę trolla, zrzucając mu część zapasów jedzenia. Po dotarciu na miejsce, niedaleko grobowca rozbili obóz i zaczęli odkopywać kurhan. Później elfowie nakazali awanturnikom rozbić pieczęcie i otworzyć grobowiec. Z lekkim zmieszaniem i niepewnością polecenie zostało wykonane ( co robi z człowiekiem 50 złotych koron w Starym Świecie, eh...).
            W tym momencie sprawy zaczęły przyjmować gorszy obrót, jeden z uczonych wszedł do wnętrza kurhanu, z którego zaczęło się wydobywać jasne światło. Ingwar, który już wcześniej był wyjątkowo nerwowy nie wytrzymał i chciał powstrzymać badaczy ale został uśpiony jakimś zmyślnym zaklęciem i stał tylko jak słup soli. Gdy uczony opuścił kopiec, awanturnicy zostali poproszeni o wyniesienie rzeczy które tam są. Jeden po drugim zaczęli wchodzić w jasny snop światła, w głąb grobowca (Ah te 50 złotych koron, tak pięknie usypia rozsądek...). No, jakie było nasze zaskoczenie gdy wewnątrz, zamiast przygotowanych pakunków znajdował się tron ze szkieletem ubranym w prastary pancerz. (chyba żadne :P) I oczywiście musiał się przebudzić, pierdzielony suchar. Drużyna razem stanęła do walki z nieumarłym, ale efekty jej były mizerne. Nie mieli ze sobą niczego, co mogło zranić upiora. Pan Mglistych Wzgórz nie chciał jednak ich śmierci, dał im możliwość wykupienia swojego życia, jeśli tylko dostarczą mu za każdego członka drużyny dwie żywe osoby. Z mniejszymi lub większymi oporami i wyrzutami sumienia awanturnicy przypieczętowali przysięgę własną krwią ( Tak jakby mieli inne wyjście:)). Oczywiście po opuszczeniu grobowca ślad po Elfach/uczonych się urwał. I tak zmęczeni, z kolejnymi kłopotami na karku postanowili wrócić do Oldenlitz.

. . . . . .

            Regenerując utracone siły miejscowym piwem w mordowni „U Kata”, cała drużyna burzliwie dyskutowała co teraz mają zrobić. Pomysłów było sporo, jedne bardziej humanitarne, drugie mniej.  Jedynym nieobecnym przy rozmowach był Ingwar, który przebywający w dalszym ciągu w śpiączce, został zostawiony pod opieką swojej żony. (Która swoją drogą z zaciekawieniem spoglądała w stronę Rufusa...).
            Po rozmowie w karczmie poszukiwacze przygód postanowili, że o tym co zdarzyło się na Mglistych Wzgórzach powinna dowiedzieć się Damesu, może ona im pomoże, wszak, jak na razie, służą jej bardzo dobrze. W między czasie, Rufus, odwiedził swojego kolegę Ingwara, (Z troski o kolegę oczywiście...). Niestety ten dalej był pogrążony we śnie. Nie przeszkadzało to jednak jego żonie, która obdarzyła swoimi wdziękami Rufusa (Się jakoś specjalnie nie bronił chłopak...). Ingwar spał jak zabity... Tak czy owak, drużyna wykorzystując to, że Rolf ma największe poważanie u ich bóstwa, zdołali wyprosić spotkanie w podziemiach świątyni. Meduza miała dla nich inne plany. Postanowiła im pomóc, ale zażądała żeby awanturnicy przeciągnęli upiora na jej stronę. Pozwoliła im zabrać z kopalni na Mglistych Wzgórzach grupę ludzi, która wykupi ich z przysięgi i kilkoro gratis, jako dar dla umarłego. Po spotkaniu, meduza uwiodła Rufusa, który po nocy z demonicą zaczął popadać w lekki obłęd.
            Awanturnicy tymczasem zaopatrzyli się w powóz i ruszyli w drogę do kopalni. Przy moście musieli przekupić trolla jedzeniem tak, jak ostatnim razem. Na miejscu pobili nieźle zarządcę kopalni, by ten pomógł im przekonać ludzi, że muszą się z nimi udać w podróż do Oldenlitz, tak dla ich dobra. I tak z wozem pełnym niczego nie podejrzewających, kobiet i dzieci, udali się w stronę grobowca. Na miejscu, Pan Mglistych Wzgórz pochłonął dusze przestraszonych ludzi i przywrócił ich do życia jako szkielety. Zwolnił tym samym wszystkich awanturników z przysięgi. Kazał też przekazać Damesu, że zgodzi się na współpracę, gdy ta w geście dobrej woli otworzy dla niego bramy Oldenlitz, by ten mógł uczynić z mieszkańców swoją armię umarłych.
            I tak drużyna po raz kolejny ruszyła w drogę do Oldenlitz, po raz wtóry przekupując trolla pod mostem, który sprawiał wrażenie jakby czekał na awanturników bez cienia agresji, za to z lekkim zainteresowaniem. (Jeszcze się zaprzyjaźni...). Na miejscu, przekazali słowa upiora Damesu, a ta zgodziła się ofiarować mieszkańców i rozkazała całej piątce wykonać rozkaz i otworzyć wrota Oldenlitz, gdy nadejdzie Pan Mglistych Wzgórz...
            Po tych wydarzeniach piwo w mordowni „U Kata” nie było w stanie ukoić nerwów i sumienia awanturników. Powoli popadali w obłęd, u Rufusa poziom patologii którą przedstawiał sięgał zenitu (ups...), poskutkował to tym, iż nabawił się choroby psychicznej, jak na razie nie dostrzeżonej przez kompanów – nie jest już w stanie mówić prawdy, stał się patologicznym kłamcą.
           
. . . . . .

I tak, pijąc piwo i czekając na nadejście upiora oraz wydanie wszystkich mieszkańców na śmierć (albo coś jeszcze gorszego), drużyna zaczęła układać plan jak by się tu z tej całej sytuacji wykręcić. Przy rozmowie, Walter Neum przyznał się, że ma tajne kontakty z Inkwizycją Sigmara. Po paru kolejkach i długiej kłótni, przekonał wszystkich do zabicia demona. Dzięki swoim powiązaniom, załatwił truciznę, którą mieli pokryć broń, żeby zabić bóstwo. Aby wykonać plan, musieli się dostać do podziemi miejscowej świątyni, gdzie przebywała Meduza. Na całe szczęście drogę w krętych korytarzach znał Rolf, który zawsze osobiście dostawał rozkazy od Damesu. Strażników nie udało się przekonać ani przekupić więc zostali szybko zabici, jeden po drugim. Gdy w końcu dotarli do komnat meduzy, zawahali się przez chwile i Damesu nie dała się zaskoczyć. Ruszyli więc do szarży. W tym momencie demon zaczął czarować. Rufus Huber odczuł to najbardziej, kończyny, które bóstwo ( jak był przekonany ) mu zregenerowało w momencie przestały istnieć. Runą więc jak długi na ziemi i mógł tylko patrzeć w szoku jak jego przyjaciele szlachtują demona. W tym momencie zaczął żałować swojej decyzji. Ale było już za późno. Damesu padła pod ciosami zatrutego żelaza. Sami awanturnicy musieli ratować się ucieczką tajnymi korytarzami przed zaalarmowanymi kultystami. Tylko cudem udało im się uciec z kadłubkiem Rufusa. Wydostali się za miasto, do kryjówki, którą wskazał im Walter. Stamtąd łodziami udało im się odpłynąć w stronę Salzenmud, pozostawiając na pastwę kultystów swoje rodziny...

. . . . . .

Po przemyceniu drużyny do Salzenmud, Rufus z pomocą Ingwara poszukał sobie protez, za resztę pieniędzy. Rolf i Walter nieskutecznie próbowali uzyskać pomoc u miejscowych duchownych Sigmara i Ulryka. Włodarze miasta do których dotarli również nie kiwnęli palcem. Wygląda na to, że kult Damesu rozrósł się też w innych miastach, a przynajmniej miał tu swoje koneksje. Dodatkowo za awanturnikami zostały wydane listy gończe co zmusiło ich do ucieczki z Salzenmud.

. . . . . .


I w tym momencie kończy się pierwszy „sezon” przygód Rufusa Hubera, Rolfa Errlicha, Domena Prefta, Ingwara Egossona i Waltera Neuma. Postać Rufusa – jednorękiego drwala – oprawcy – ma chyba jak na razie najbardziej przesrane ( :) ). Nie dość, że jest totalnym kaleką, to jeszcze osiągnęła poziom skrajnej patologii... Nie jestem pewien czy Huber ma szanse wydostać się z tej spirali zła jaką zaczął, począwszy od wylosowania kalectwa i złego charakteru, na dodatek z chorobą psychiczną... No cóż, trzeba będzie się pomęczyć, ale jak na razie najważniejsze jest to, że przeżył, a to w Starym Świecie nie jest takie łatwe ( mając tak pokręconego MG :) )...




piątek, 23 czerwca 2017

"W promieniach bezlitosnego, południowego słońca piaski zaczynają się ruszać..."


     Powoli zaczynam się zabierać za składanie bandy nieumarłych z Nehekhary, a prościej umarlaków pod dowództwem Księcia Grobowców. Jako że banda posiada w swoich szeregach sporą ilość Rojów, postanowiłem zrobić je od zera własnoręcznie ( z kupieniem też byłby problem bo w Warheimie roje maja podstawki 25 na 25 mm a nie standardowe 40 x 40 mm ;/ ). Podstawek też niestety nie miałem, ale te wyciąłem z cienkiej sklejki o takiej samej grubości jak standardowe podstawki, więc po pomalowaniu nie powinny się niczym różnić. Samą podstawkę urozmaiciłem resztkami korka, kamieniami i piaskiem, plus kilka resztek. Robaczki zrobiłem z GS-u, wyszło hmmm...


...śmiesznie, mam nadzieje że po pomalowaniu nie będą się prezentować o tak:


     No i przydałoby się wyrobić przed zbliżającym się turniejem Warheim FS a jeśli ktoś jest zainteresowany to poniżej plakat z info. 



     Jeśli macie jakieś fajne patenty na robienie insektów, robaków i innych paskud, podrzućcie link, chętnie podłapie patenty:) Pozdrawiam.







wtorek, 20 czerwca 2017

Panie, a na czym my to ustrojstwo postawimy...

     Ostatnio udało mi się zrobić szafot. Ale trzeba by go jeszcze na czymś postawić. Tak więc z dostępnych tu i tam rzeczy skleciłem "prawie" drewniany podest o wymiarach 15 cm na 10 cm i wysokości ok 5 cm. Górną część oraz schody zrobiłem ze spienionego PCV, filary natomiast z tyczek zakupionych w Castoramie, a mniejsze deseczki są z długich zapałek. Na kawałku PCV narysowałem ołówkiem rzeczy, które miały się znaleźć na podeście. Później ostrym nożykiem wyryłem przerwy między deskami i podniszczyłem całość.



  
     Pilnikiem zaokrągliłem krawędzie desek, dodałem szczeliny i powoli zacząłem dłubać strukturę drewna. Na koniec dodałem ślady po gwoździach.



     Po wieczorze spędzonym na pastwieniu się nad płytką PCV, efekt prezentował się tak.


     Pozostało tylko dociąć i podniszczyć filary oraz kilka desek. Następnie wszystko posklejać w dość przypadkowy sposób. 

 




     A tak się prezentuje w towarzystwie modeli w skali 28mm. Pomalowaną całość, razem z szafotem znajdziecie na Danse Macabre - jak tylko QC się wyrobi z setką innych pomysłów do Warheim FS :D Mam nadzieję, że wpisze się w klimaty na stole. 











środa, 7 czerwca 2017

Jak zrobić szafot i nie stracić przy tym głowy.

      Jak zrobić szafot? Bardzo prosto. Będzie potrzebne kilka rzeczy, na początek spienione PCV, ja zaopatrzyłem się w takie o grubości 3mm. Dzięki temu że jest sztywne, a zarazem łatwe w obróbce, nadaje się idealnie do podrabiania rzeczy z drewna. Do tego zwykły klej typu kropelka, który łączy elementy z PCV niczym spawarka. Serio, nie rozkleicie tego, prędzej rozerwiecie. Ale po kolei. Na początek znalazłem sobie ofiarę, wybór padł na coś takiego.
















       Przygotowałem plan działania i wyciąłem części, które będą potrzebne do poskładania modelu, jeśli macie więcej elementów, dobrze jest je sobie opisać, potem idzie się bardzo łatwo pogubić co gdzie miało się znaleźć, a kropelka spawa na amen!! Dobrze jest też przeszlifować wycięte krawędzie drobnym papierem ściernym, będą wtedy mniej "kwadratowe". 

      Gotowe elementy trochę podniszczyłem, gdyż szafot zagości gdzieś w starym świecie, a tam mało jest rzeczy idealnych. Tak więc zrobiłem tu i ówdzie kilka dziur, wgnieceń, rys i ubytków.

 

      Następnie zaopatrzony w profesjonalne narzędzie do rzeźbienia (to może być cokolwiek z odpowiednio ostrą końcówką) zacząłem zabawę w kornika i wyryłem na wszystkich elementach wzory przypominające strukturę drewna. (Taką mam przynajmniej nadzieję:)) To chyba najbardziej pracochłonny element tej dłubaniny. 


      Kiedy już wszystkie elementy miałem gotowe nie pozostało mi nic innego jak tylko posklejać poszczególne części.


      Po sklejeniu całości, za pomocą najmniejszego wiertła, takiego jakiego używam do pinowania modeli, nawierciłem delikatnie miejsca modelu, w których postanowiłem zrobić nity. Tu muszę wspomnieć iż samo ostrze szafotu zrobiłem z kawałka twardego plastiku, dla przykładu może to być stara karta bankomatowa...no albo nowa jak ktoś ma nóż na gardle:P

      Do samych nitów użyłem kulek, pozyskanych ze starego filtra węglowego oczyszczającego wodę. (Standardowy wkład do dzbanka "Brita"). Wszystko przyklejone na kropelkę. 

      No i to by było na tyle. Gotowy model wyszedł mi tak:






      Mam nadzieję, że ten krótki opis komuś się na coś przyda, bo stworzenie mebli, skrzynek, drogowskazów i całej masy innych przeszkadzajek, które urozmaicą nasz stół jest w zasadzie banalnie proste i tanie.

PS: Pamiętajcie, tworzenie rzeczy ze spienionego PCV uzależnia!! :D 

wtorek, 6 czerwca 2017

Warhammer FRPG - Damesu


W małych miastach - takich jak Oldenlitz - niewiele się dzieje, i tak chyba jest najbezpieczniej. Jak się już coś wydarzy, wróży to dla kogoś kłopoty. Tak było i tym razem. Zapyziałe miasteczko Oldenitz zmagało się z rewolucją jelitową, która przybrała rozmiary cholernej epidemii. W karczmie „U Kata” Ingwar, Domen i Rufus pili za zdrowie Waltera i Rolfa, których zmagała podstępna choroba. (Jak ominą jeszcze jedną sesję, zasrają się na śmierć.) 
Czekali też na nowe zadanie, którego szczegóły miał im przekazać niejaki Dieter Haxt – szlachcic wysłany z Salzenmund, co wróżyło dobry zarobek. Ponieważ oczekiwanie na Dietera przedłużało się, Rufus postanowił zaciągnąć na piętro Brygidę, jedyną w karczmie „U Kata” kobietę „ciężko pracującą”. Dziesięć szylingów wystarczyło, żeby ją przekonać. Nie minął jednak kwadrans, jak w drzwi pokoju zaczął tłuc zdenerwowany Ingwar.

-  Czego – zachrypiał Rufus – zajęty jestem, poczekaj na swoją kolej.
-  Lepiej żebyś zszedł na dół, szybko!!
-  Coś ty zaś wymyślił, poczekaj, zejdę jak skończę...
-  Chodzi o tego gościa od nowej roboty – krzyczał przez drzwi Ingwar – Jest problem...
-  Cholera- zaklął pod nosem Rufus, naciągnął portki i ruszył za Inwarem.

         Przed gospodą „U Kata” leżał Haxt, ale zamiast zadania, miał wbity w pierś bełt, po samo pierzysko. Rufus podrapał się po brodzie, coś mu tu wyglądało znajomo, nagle go olśniło...

-  Cholera- rzucił, i szybko pobiegł sprawdzić swoje pakunki, które zostawił na parterze karczmy.

W rzeczach przygotowanych na wyprawę miał nową kuszę, którą kupił dwa dni wcześniej i kołczan 10 ...  nie, już 9 bełtów. Cholera pomyślał i wybiegł przed karczmę. Tam Ingwar i Domen sprawdzali już co Dieter ma zbędnego przy sobie. Długo to nie trwało, bo ogólny gwar i zbiegowisko jakie się zrobiło momentalnie przyciągnęło kilku lokalnych milicjantów. Rufus wrócił do karczmy poszukać Brygidy, czół, że ktoś go wrabia, a akurat to ona mogła być jego alibi. (No akurat to k...... w starym świecie na pewno ktoś uwierzy na słowo.) Jak na złość nigdzie jej nie było. Za to jak z pod ziemi wyrósł Kurt - miejscowy sprzedawca, od którego Rufus niedawno zakupił kuszę z bełtami –
i zaczął kłapać gębą:

-  Panie strażniku, ten bełt, co to z niego wystaje, to ja go poznaje, sprzedałem go ostatnio, no Rufusowi.

No jak by tego było mało, na schodach prowadzących na piętro karczmy stał Ingwar
i machał zdenerwowany do Rufusa. Kiedy wbiegli na górę w pokoju, w którym wcześniej używał sobie jednoręki drwal, leżała Brygida z sztyletem w bebechach.

-  Do diabła - zaklął Rufus, coś znowu wyglądało znajomo ... 
-  Poznajesz ten sztylet Ingwar? -Chudy tatuażysta zbladł.
-  Psia mać, to mój, ale jak...

Na te słowa do pokoju wpakował się strażnik miejski. Rozejrzał się po pokoju, popatrzył na Ingwara i Rufusa, uśmiechnął się i pokręcił głową:

-  No, co żeście dziś zmalowali, co? Nie wygląda to dobrze. 

Na szczęście drużynę,  po ostatnich wydarzeniach znano dość dobrze i u strażników miejskich cieszyli się dość dużym zaufaniem. To dało im szanse na wytłumaczenie się z tej sytuacji i przekonanie strażnika by ten dał im chwilę na rozejrzenie się po okolicy za ladami i dowodami na swoją niewinność.
           Rufus odkrył, że okno w pokoju jest uchylone, a na dachu są ślady prowadzące w stronę stajni. W samej stajni odkryli strzępy zielonego płaszcza. Domen natomiast postanowił znaleźć i wypytać chłopca stajennego, który na swoje nieszczęście, też zmagał się z rzadką chorobą. Gladiator tak chłopaka postraszył, że ten w przypływie paniki zafajdał nie tylko swoje gacie, ale i buty Domena (Tak. Nasz drużynowy gladiator wzbudza strach.). Chłopak zarzekał się, że nic nie widział, nic prócz wnętra wychodka...
            Po tych krótkich oględzinach, strażnicy odprowadzili wszystkich do miejscowego władygi  – Von Oldenlitza .Ingwar przekonał go, by ten dał drużynie 2 dni na odnalezienie zabójcy i oczyszczenie się z podejrzeń.
            Rufus miał już plan kogo trzeba wypytać o więcej informacji.  Ruszyli we trzech z powrotem do karczmy „U Kata”. Tam wypatrzyli handlarza – Kurta i przysiedli się do jego stolika. 

-  Gadaj człowieku co wiesz na ten temat, albo zaraz ci przypierdziele!!- niespodziewanie wybuchł  Ingwar, który był już na skraju nerwów. (W tym momencie chudy tatuażysta przeraziłby samego Imperatora.)
-   Ale, ale co, no ja tylko poznałem swój towar, no co?
-  Czy ktoś jeszcze kupował coś do kuszy u ciebie ostatnio, ktoś się o nas rozpytywał, ktoś obcy? Ktoś w zielonym płaszczu?- Zaczęli na zmianę zadawać pytania Rufus, Ingwar i Domen.
-  E, no, w sumie, tak jak pytacie to tak, był u mnie jeden gość, pytał o trollobójców, gdzie was znajdzie. – zaczął mówić Kurt, zerkając z przestrachem na Ingwara. - Taki w zielonym płaszczu z kapturem, twarzy nie widziałem ale przyjechał na siwku. No nic więcej nie wiem, dajcie mi spokój. 
-   Jeszcze sobie pogadamy – rzucił na odchodne Rufus.

Drużyna postanowiła raz jeszcze się rozejrzeć przy stajni. Rufus spostrzegł świeże ślady podków prowadzące ze stajni w kierunku drogi na Salzenmund. Nie marnując czasu ruszyli na trakt, idąc tropem znalezionym przez drwala. Godzinę drogi od bram miejskich, ślady zakręciły w las, by po zatoczeniu okręgu, wrócić na drogę prowadzącą w stronę Salzenmund. Towarzysze postanowili, że jeśli chcą dogonić zabójcę, muszą iść nocą, zrobili więc prowizoryczne pochodnie i tak, tuż przed świtem ich oczom ukazał się przydrożny zajazd do którego prowadziły ślady. Zmęczeni nocnym marszem postanowili zakraść się po cichu do zajazdu i zakończyć sprawę jak najszybciej. Rufus przekupił stajennego by ten przed świtam wpuścił ich za parkan otaczający zajazd. W stajni  odkryli konia, który pasował do opisu, wypytali się też przekupionego stajennego o jego właściciela.

-   To kobieta panie- rzekł chłopak.
-   Ta kobieta to zabójca, ścigamy ją, masz tu złotą koronę, nie widziałeś nas, zachowuj się, jakby nic się nie wydarzyło – pogroził Rufus, 
         Ruszył z Domenem i Ingwarem do stajni, ukryć się i przygotować zasadzkę. Gdy siedzieli w ukryciu, czekając na ofiarę, nagle usłyszeli kroki. Do stajni wszedł młody chłopak, służący z zajazdu. Zaspani i znużeni wojacy nie zdążyli zareagować w porę i malec ruszył biegiem do zajazdu, drąc się ze strachu przed trzema podejrzanymi typami. (Masters of zasadzkas:))

-  Za nim, szybko - rzucił Domen - Ruszyli biegiem za smarkaczem.

Wpadli przez główne drzwi do sali zajazdu. Tam zaspani goście nie zwrócili uwagi na przestraszonego chłopaka, który przebiegł sale chowając się za szynkwas. Za to wszyscy skupili swój wzrok na trzech typach którzy wpadli do sali. Wszyscy prócz postaci w zielonym płaszczu, siedzącej tyłem do wejścia. Rufus sięgnął jedyną ręką po toporek do rzucania, Doman poluzował miecz, Ingwar, no cóż jak to uczony:

-  Chłopaki, pójdę zagadać, nie możemy tak od razu jej zaatakować.
-  Dobra masz jedną szansę - zgodziła się pozostała dwójka z niesmakiem, powoli zachodząc kobietę.

Ingwar obszedł stolik, przysiadł się i zaczął rozmowę:

-  Dlaczego próbujesz nasz wrobić?- zaczął spokojnie.

Z ust kobiety usłyszał jedynie cichy szept, po czym stracił kontakt z rzeczywistością, jego oczy wywróciły się na drugą stronę. Wstał jak w transie i stanął pomiędzy kobietą a swoimi przyjaciółmi.

-  Psia mać, Ingwar, co robisz - rzucił Rufus, i chwilę później pojął co się dzieje.

Znów miał do czynienia z magią, żarty się skończyły. Domen wypłacił Ingwarowi idealnego liścia, po którym ten na szczęście się ocknął. Rufus szybko skoczył  w stronę stolika, ale kobiety już tam nie było. Ruszyli na zewnątrz, tam Domen kontem oka zauważył jak postać w zielonym płaszczu zwinnymi ruchami ucieka po dachu zajazdu. Nie zastanawiając się długo wystrzelił z kuszy w jej stronę, bełt z trzaskiem uderzył w kamienne dachówki
i rozprysnął się w drzazgi. Tuż za bełtem poszybował topór Rufusa, ale przeleciał nad budynkiem i przepadł po drugiej stronie, tak jak ich cel. Cała trójka ruszyła biegiem okrążając karczmę.  Po drugiej stronie zajazdu, stanęli jak wryci. W cieniu pod ściana zobaczyli ściganą kobietę, stała w lekkim rozkroku, przyszykowana do walki.

-  Zastanówcie się co robicie, możecie to przypłacić życiem, dajcie mi odejść – powiedziała cicho, ale bardzo niepokojąco.

Rufus natychmiast rzucił w stronę kobiety swoim ostatnim toporkiem, chybił. Domen ruszył do walki. Wokół dłoni kobiety zatańczyły ciemnofioletowe światła, po czym jednym słowem oszołomiła Domena i Rufusa, stanęli jak wryci z białkami wywróconymi do góry. Kobieta ruszyła pewnym krokiem w stronę Ingwara.

-  Zejdź mi z drogi chłopcze – rzuciła.

        Ingwar odsunął się na bok nie spuszczając jej z oka. Gdy tylko zniknęła za rogiem budynku podbiegł do kompanów i ocucił ich szybko. Nie marnując czasu cała trójka ruszyła pędem na dziedziniec zajazdu gdzie było już słychać rżenie konia. Rufus zdążył jeszcze podnieść swój toporek. Wybiegli na dziedziniec w momencie gdy kobieta pędem mijała bramę, Rufus po raz kolejny rzucił toporem, tym razem trafnie. Zabójczyni straciła równowagę i spadła z konia, unikając o włos bełtu wystrzelonego przez Domena.

-  Brać ją! -krzyknął Domen porzucając kuszę i rzucając się biegiem w jej stronę. 

         Rufus intuicyjnie zrobił tak samo i wyprzedził gladiatora, wymierzając leżącej jeszcze kobiecie soczystego kopniaka z rozbiegu, prosto w głowę. Ten ześlizgnął się po skroni dziewczyny. W ułamku sekundy magiczka wywinęła się, zgrabnie stając na nogi i sięgając szczęki Rufusa ukrytym w dłoni kastetem. Siła ciosu przestawiła drwalowi szczękę, zobaczył  mroczki przed oczami. Gdy odzyskał świadomość, Domen ciężko dysząc, nadal walczył z kobietą. Huber nie czekając długo wyszarpnął miecz i natarł na wirującą zgrabnie zabójczynię. Ta odbijała ciosy dwójki wojaków, celnie kontratakując. Domen i Rufus  zaczęli wątpić, że dają radę pokonać w walce tą zieloną diablicę.

-  Zastrzel sukę Ingwar!- wrzasną Rufus, po kolejnym ciosie, który tylko cudem sparował mieczem - Na co czekasz strzelaj!
Ingwar stał kilkanaście kroków od nich z załadowaną kuszą i mierzył w walczących.
-  Strzelaj psia mać!- zaklął drwal .

            W tym momencie chłopak zdobył się na odwagę i nacisnął spust, trzask stalowego łuczyska ciężkiej kuszy przetoczył się po dziedzińcu. Masywny bełt wpadł w walczących i wbił się w dziewczynę. O dziwo strzał był dla niej tak pechowy, że przebił kolczugę skrywaną pod płaszczem, wbił się w udo, po czym siłą rozpędu odbił się od kości miednicy i ugrzązł w podbrzuszu. Czarodziejka runęła na ziemię z twarzą wykręconą grymasem bólu ginąc niemal na miejscu.

-  Było się tak nie kręcić i nie cudować, psia twoja mać! –rzucił ostatkiem sił Rufus – dobry strzał Ingwar, w ostatniej chwili żeś usiekł tą su....

Urwał w połowie, gdyż odwracając się w stronę kompana zauważył, że w ich kierunku mierzy z łuków trzech strażników dróg, a dosłownie wszyscy ludzie z zajazdu stoją i gapią się na nich.

-  O w mordę... – zaklął Rufus – uświadamiając sobie jak to wygląda z ich perspektywy.
-  Spokojnie, jestem szlachcicem, mamy do tego prawo, ta kobieta to ścigany przestępca- próbował tłumaczyć się niezgrabnie Domen, machając pierścieniem zabranym wcześniej martwemu szlachcicowi. (No nie wyszedł mu rzut k100, nie wyszedł...)
          
     Niestety zdyszany gladiator nie jest zbyt przekonywujący, szczególnie gdy z pomocą dwóch typów morduje kobietę w biały dzień. To poskutkowało tym, że cała trójka została rozbrojona, rozebrana, związana i wrzucona do ciemnej piwnicy zajazdu w oczekiwaniu na więźniarkę. Następnego dnia przerzucono ich do powozu i zawieziono do Salzenmund. Tam dostali pokój w miejscowych lochach. Na nic zdały się tłumaczenia, prośby  o przewiezienie do Oldenlitz. Po kilku tygodniach leżenia w lochach, miejscowi oprawcy postanowili rozruszać nieco bohaterów. Pierwszy z celi został wywleczony Rufus. Niestety, nie dogadał się z oprawcami, co odczuł na swojej skórze. Na drugi ogień poszedł Ingwar, i to dosłownie na ogień, bo swąd palonego mięsa rozniósł się po całym „spa”. Ostatni do zabawy został zaproszony Domen. Jego z kolei postanowiono nauczyć jogi,
a przynajmniej to dało się wydedukować po odgłosach dochodzących z „sali gimnastycznej”. Jako że Rufus został potraktowany nieco po macoszemu, oprawcy zaprosili go na drugą rundę pytań, co poskutkowało ciężką kontuzją – zmiażdżeniem stopy -  jego odpowiedzi nadal nie były satysfakcjonujące. Na całe szczęście, następnej nocy w drzwiach ich celi pojawiły się dwie zakapturzone postacie. Ubrane były w charakterystyczne stroje kapłanów kultu Damesu z Oldenlitz. Drużynę w lochach zastąpiło trzech żebraków, cała trójka, pod osłoną nocy, została ukryta w piwnicach jakiejś kamienicy w Salzenmud. Tam musieli spędzić następne kilka tygodni w ukryciu. Jednoręki drwal awansował w tym czasie na jednorękiego i jednonogiego drwala, gdyż noga była do tego stopnia zmiażdżona, że nie dało jej się uratować. (Se porąbie...) Po kilku tygodniach, banda wynędzniałych herosów została przewieziona w tajemnicy do Oldenlitz i bez słowa wrzucona do wielkiego pomieszczenia, pełnego kamiennych rzeźb, które były tak piękne, jak i przerażające w swej realności. Domyślili się, że to podziemia świątyni Damesu. W ciemności, coś nieludzkiego poruszało się, sycząc raz po raz. Po paru chwilach kadłubek drwala domyślił się co tak naprawdę oznacza słowo - DAMESU.
Miała posturę zgrabnej, pięknej kobiety. Jej twarz, zamiast włosów okalały wijące się węże, które z ciekawością wpatrywały się w bohaterów, posykując i wysuwając nerwowo dziesiątki małych języków. Smukłe ciało pokryte było łuskami. Ręce zakończone szponami i wężowy ogon zamiast nóg dopełniał przerażającego obrazu demona, który ukazał się w półmroku -  Meduza...

-  Witajcie me dzieci w mojej sssświątyni. - usłyszeli łagodny ale niepokojący głos kobiety -Sssssłyszałam od moich kapłanów, żesssście nie zdradzili tajemnic kultu mimo tortur - Demon uśmiechał się podejrzanie i mówił dalej- Zabiliście też jednego z moich wrogów, maga i imperialnego szpiega. Jak mogę wam wynagrodzić wasssszą lojalnosssść, powiedzcie, czego ssssobie życzycie?

           W głowie Rufusa wrzało od myśli, mieszał się w nim strach, przerażenie i podziw dla demona, powoli zaczął popadać w zauroczenie. Zebrał w sobie resztki sił i odpowiedział pierwszy:

-  Pani, pragnę ci służyć. Ulecz me rany bym mógł ci służyć lepiej.
-  Niech ssssię zatem tak sssstanie. - uśmiechnęła się kobieta pokazując rząd idealnie zaostrzonych zębów.

            W tym momencie ciało drwala przeszył lodowaty dreszcz, a utracone kończyny zaczęły promieniować bladym światłem. Ręka i noga zaczęły z wolna odbudowywać swój kształt. Rufus poczuł mrowienie i po chwili podniósł się z ziemi o własnych siłach. Oszołomiony, zdał sobie sprawę, że osiągnął to co sobie przysiągł – odzyskał sprawność, odzyskał utraconą rękę. (I dopisaną do listy nogę.) Tylko gdzieś w głębi przerażała go myśl, ile będzie musiał teraz za to wszystko zapłacić, ta myśl zaczęła pulsować w jego sercu wywołując przerażenie...
            Pozostała dwójka też została zapytana przez demona czego by pragnęli. Ingwar poprosił nieśmiało wężową damę o dostęp do tajemnych ksiąg by móc zacząć tworzyć magiczne tatuaże. Domen natomiast odmówił przyjęcia jakiegokolwiek daru, i oczekiwał
w milczeniu na rozwój wydarzeń. Rufus nie rozumiał czemu gladiator o nic nie prosi, czyżby zaraził się od Ingwara honorem, wyrzutami sumienia??? Ciekawe czy imperialni bogowie choć raz go wysłuchali tak jak Damesu, czy choć raz coś dla niego zrobili??? Jego strata. Jest w tym gównie tak samo umoczony jak całe Oldenlitz. Nie pozostaje nic innego jak tylko dołożyć wszelkich starań by kult Damesu rósł w siłę....  















Nie umiałem się powstrzymać ..... :D

czwartek, 11 maja 2017

Warhammer FRPG

Przygoda I

Gdy Rufus Huber przyzwyczaił się do życia z jedną ręką, postanowił rozejrzeć się po Oldenlitz za jakąś pracą, coś co będzie lepsze od bycia drwalem. Na jego szczęście, stary znajomy Rolf Errlich dał mu możliwość zasłużenia się dla miejscowej gildii, która działała w Oldenlitz ku chwale Damesu. Tak więc wraz ze znajomymi Rolfem, Ingwarem i Walteram oraz 5 innymi mężczyznami, otrzymali zadanie, które – jak przekazał im Rolf – brzmiało :

Skontrolować  kopalnię i faktorię. Ludzi chorych lub "odmienionych" przetransportować do Oldenlitz. W razie ujawnienia "odmienności" wymykających się spod kontroli – usunąć, spalić.

                Po zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów, kompania wyruszyła w stronę mglistych wzgórz. Gildia zaopatrzyła ich w prowiant, zaprzęg i trzy konie. Nikt z uczestników nie przyznał się do umiejętności prowadzenia powozu, tak więc cały zaszczyt spadł na Rolfa, który toczył nierówną walkę o utrzymanie zaprzęgu na rozmokłym trakcie. Obserwując z dachu powozu budzącą się do życia okolicę Mglistych Wzgórz, Rufus zauważył na północy słupy czarnego dymu, które nie zwiastowały nic dobrego. Niestety nie udało się mu nakłonić członków wyprawy do zboczenia z traktu i zbadaniu tego miejsca. Drugiego dnia, drużyna musiała zrobić sobie przymusowy postój za sprawą zniszczonego mostu na trakcie do faktorii. Huber postanowili sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu mostu można się przeprawić przez zamarzniętą jeszcze rzekę. Udał się wraz z jednym z mężczyzn wzdłuż rzeki gdzie po kwadransie zauważył uwięzionego w lodzie trolla. Znalezisko nie zachwyciło nikogo, prócz Rufusa i Waltera. Postanowili więc zapamiętać miejsce gdzie znajduje się truchło i wrócić do niego w drodze powrotnej. Odnaleźli też jaskinię trolla  ale smród, który bił z pieczary był tak nieznośny, że nie zdołali jej przeszukać.
                Trzeciego dnia, zostawiwszy powóz przy moście, drużyna dotarła do palisady otaczającej faktorię. Niestety w nocy nikt nie reagował na ich wołania i rąbanie w bramę, postanowili zanocować pod bramą. Może to przez forsowny marsz lub za sprawą sytej kolacji, Rufus usną na warcie. O świcie okazało się, że ktoś ukradł im broń, zniknął też jeden z towarzyszy. Ślady prowadziły w stronę palisady, za której w dalszym ciągu nie dochodziły żadne odgłosy. Po przejściu przez ostrokół i otwarciu bramy, podróżnicy odkryli, że faktoria jest pusta. Domy wyglądały jak opuszczone w pośpiechu. Po dokładnym przeszukaniu wszystkich budynków, drużyna odkryła w jednym z nich ukrytą pod podłogą piwnicę, a w niej swój ekwipunek i broń. Odnaleźli też nieprzytomnego kompana, wiszącego pod sklepieniem z podejrzanie wyglądającymi ranami na szyi. Dalsze oględziny terenu faktorii pozwoliło ujawnić zasypane i zamurowane od środka wejście do kopalnie, dodatkowo zawalisko było otoczone kręgiem soli. Wszystkie odkryte rzeczy wskazywały na fakt, że w okolicy faktorii grasuje vampir. Nikt z drużyny nie miał doświadczenia z takimi istotami, zgodnie wiec postanowili przygotować się na najgorsze. Wybrali jeden z domów i zabezpieczyli wszystkie okna i drzwi. Gdy kończyli, prace, w nadal otwartej bramie prowadzącej do osady pojawiły się wilki, i wszystko było by jeszcze w normie gdyby te "wilki" nie były wielkości konia......  Ten widok sprawił, że wszyscy w trybie „instant” zabarykadowali się wewnątrz chałupy, pogrążeni w rozmyślaniu: kto k..... nie zamoknął bramy".  Z tego zamyślenia wyrwało ich pukanie do drzwi. Z wizytą przybył wychudzony jegomość, który nie zważając na krążące w pobliżu wilki pojawił się z ofertą od swojego wielce wyrozumiałego pana ( oczywiście oferta nie do odrzucenia).  Chciał rozmawiać tylko z dowódcą naszej grupy. I tak Rolf wytargował - w tajemnicy - życie dla siebie, Ingwara, Waltera i Rufusa w zamian za resztę drużyny, plus dwa konie. Rufus już dawno pożegnał się ze skrupułami, więc taki układ mu pasował. Tym bardziej, iż walka z wilkami i vampirem były czymś nierealnym. Wieczorem, jednoręki drwal upił kompanów, którzy zostali przetargowani przez Rolfa. Sam wraz z przyjaciółmi schował się w piwnicy, by nie spotkać przypadkiem tego miłego vampira gdy będzie zabierać swój okup.
Następne kilka dni drużyna spędziła na próbie sforsowania zasypanego wejścia do kopalni. Kiedy w końcu Ingwarowi udało się odpowiednio przygotować materiały, które z powodzeniem wysadziły zasypane i zamurowane od środka wejście, drużyna odkryła wewnątrz mocno wychudzonych mieszkańców faktorii którym udało się schronić przed vampirem. Po rozmowie z górnikami, banda postanawia odbudować most z pomocą miejscowych rzemieślników. Namówiła też osadników aby ci pozwolili im odwieźć dzieci do Oldenlitz, gdzie zostanie im udzielona pomoc gildii.
Kontrola ludzi w faktorii nie ujawniła, na szczęście, osób dotkniętych przemianą lub w jakiś inny sposób wypatrzonych. Dalsze dni drużyna poświęciła na odbudowę mostu i przygotowanie się do powrotu.
Rufus wraz z Walterem wrócili raz jeszcze do zamarzniętego trolla i z niemałym wysiłkiem odrąbali mu głowę, którą zgodnie postanowili sprzedać z zyskiem w Oldenlitz. Udało im się też przeszukać jamę w pobliżu mostu, ale prócz tony śmieci, nic nie znaleźli.
Dzieci udało się w bezpieczny sposób odwieźć do miasta, gdzie wysłannicy miejscowej gildii przejęli je wraz z wozem. Ostatecznie wyprawa zakończyła się sukcesem, drużyna choć w niepełnym składzie dotarła do miasta, otrzymała zapłatę a gildia dostała to czego oczekiwała.
Walter i Rufus sprzedali głowę trolla za co otrzymali trochę złotych koron ekstra,a po podkolorowaniu odrobinę historii o tym w jaki sposób pozyskali czerep trolla, w mieście zyskali sławę trollobójców.  Jednoręki drwal dostał od gildii zapewnienie, że może liczyć na stanowisko miejscowego oprawcy - jak tylko się zwolni.

Jedynym niezadowolonym z przebiegu całej wyprawy był Ingwar Egosson, który był do tego stopnia zdołowany, iż postanowił przekazać cały swój żołd na miejscowy sierociniec. Rufus stwierdził tylko, że mając tak delikatne sumienie, nikt w starym świecie nie pociągnie zbyt długo .....  

piątek, 14 kwietnia 2017

Pandemic - Czas Cthulhu





Nareszcie. Po kilku tygodniach torturowania modeli do gry Pandemic - Czas Cthulhu, udało mi się zakończyć ich malowanie. Trochę to trwało, ale ostatnio mam mało okazji, żeby się wyrwać i poznęcać nad czymkolwiek. Ostatecznie wyszło chyba w miarę dobrze (jak na mnie). Mogłem sobie darować malowanie oczu, które teraz wyglądają tak, jakby dzielni bohaterowie nażarli się mocnych dropsów z LSD, po których dostali wytrzeszczu oczu na widok  Shoggothów. Mniejsza o to, ważne, że skończone, a prezentuje się to mniej więcej tak:


Bohaterowie:





Kultyści ( albo chór gregoriański ):





Shoggoth x 3:





I na koniec zdjęcie rodzinne:



I to tyle, jedno jest pewne, nawet trochę pomalowanymi figsami gra się przyjemniej.