wtorek, 6 czerwca 2017

Warhammer FRPG - Damesu


W małych miastach - takich jak Oldenlitz - niewiele się dzieje, i tak chyba jest najbezpieczniej. Jak się już coś wydarzy, wróży to dla kogoś kłopoty. Tak było i tym razem. Zapyziałe miasteczko Oldenitz zmagało się z rewolucją jelitową, która przybrała rozmiary cholernej epidemii. W karczmie „U Kata” Ingwar, Domen i Rufus pili za zdrowie Waltera i Rolfa, których zmagała podstępna choroba. (Jak ominą jeszcze jedną sesję, zasrają się na śmierć.) 
Czekali też na nowe zadanie, którego szczegóły miał im przekazać niejaki Dieter Haxt – szlachcic wysłany z Salzenmund, co wróżyło dobry zarobek. Ponieważ oczekiwanie na Dietera przedłużało się, Rufus postanowił zaciągnąć na piętro Brygidę, jedyną w karczmie „U Kata” kobietę „ciężko pracującą”. Dziesięć szylingów wystarczyło, żeby ją przekonać. Nie minął jednak kwadrans, jak w drzwi pokoju zaczął tłuc zdenerwowany Ingwar.

-  Czego – zachrypiał Rufus – zajęty jestem, poczekaj na swoją kolej.
-  Lepiej żebyś zszedł na dół, szybko!!
-  Coś ty zaś wymyślił, poczekaj, zejdę jak skończę...
-  Chodzi o tego gościa od nowej roboty – krzyczał przez drzwi Ingwar – Jest problem...
-  Cholera- zaklął pod nosem Rufus, naciągnął portki i ruszył za Inwarem.

         Przed gospodą „U Kata” leżał Haxt, ale zamiast zadania, miał wbity w pierś bełt, po samo pierzysko. Rufus podrapał się po brodzie, coś mu tu wyglądało znajomo, nagle go olśniło...

-  Cholera- rzucił, i szybko pobiegł sprawdzić swoje pakunki, które zostawił na parterze karczmy.

W rzeczach przygotowanych na wyprawę miał nową kuszę, którą kupił dwa dni wcześniej i kołczan 10 ...  nie, już 9 bełtów. Cholera pomyślał i wybiegł przed karczmę. Tam Ingwar i Domen sprawdzali już co Dieter ma zbędnego przy sobie. Długo to nie trwało, bo ogólny gwar i zbiegowisko jakie się zrobiło momentalnie przyciągnęło kilku lokalnych milicjantów. Rufus wrócił do karczmy poszukać Brygidy, czół, że ktoś go wrabia, a akurat to ona mogła być jego alibi. (No akurat to k...... w starym świecie na pewno ktoś uwierzy na słowo.) Jak na złość nigdzie jej nie było. Za to jak z pod ziemi wyrósł Kurt - miejscowy sprzedawca, od którego Rufus niedawno zakupił kuszę z bełtami –
i zaczął kłapać gębą:

-  Panie strażniku, ten bełt, co to z niego wystaje, to ja go poznaje, sprzedałem go ostatnio, no Rufusowi.

No jak by tego było mało, na schodach prowadzących na piętro karczmy stał Ingwar
i machał zdenerwowany do Rufusa. Kiedy wbiegli na górę w pokoju, w którym wcześniej używał sobie jednoręki drwal, leżała Brygida z sztyletem w bebechach.

-  Do diabła - zaklął Rufus, coś znowu wyglądało znajomo ... 
-  Poznajesz ten sztylet Ingwar? -Chudy tatuażysta zbladł.
-  Psia mać, to mój, ale jak...

Na te słowa do pokoju wpakował się strażnik miejski. Rozejrzał się po pokoju, popatrzył na Ingwara i Rufusa, uśmiechnął się i pokręcił głową:

-  No, co żeście dziś zmalowali, co? Nie wygląda to dobrze. 

Na szczęście drużynę,  po ostatnich wydarzeniach znano dość dobrze i u strażników miejskich cieszyli się dość dużym zaufaniem. To dało im szanse na wytłumaczenie się z tej sytuacji i przekonanie strażnika by ten dał im chwilę na rozejrzenie się po okolicy za ladami i dowodami na swoją niewinność.
           Rufus odkrył, że okno w pokoju jest uchylone, a na dachu są ślady prowadzące w stronę stajni. W samej stajni odkryli strzępy zielonego płaszcza. Domen natomiast postanowił znaleźć i wypytać chłopca stajennego, który na swoje nieszczęście, też zmagał się z rzadką chorobą. Gladiator tak chłopaka postraszył, że ten w przypływie paniki zafajdał nie tylko swoje gacie, ale i buty Domena (Tak. Nasz drużynowy gladiator wzbudza strach.). Chłopak zarzekał się, że nic nie widział, nic prócz wnętra wychodka...
            Po tych krótkich oględzinach, strażnicy odprowadzili wszystkich do miejscowego władygi  – Von Oldenlitza .Ingwar przekonał go, by ten dał drużynie 2 dni na odnalezienie zabójcy i oczyszczenie się z podejrzeń.
            Rufus miał już plan kogo trzeba wypytać o więcej informacji.  Ruszyli we trzech z powrotem do karczmy „U Kata”. Tam wypatrzyli handlarza – Kurta i przysiedli się do jego stolika. 

-  Gadaj człowieku co wiesz na ten temat, albo zaraz ci przypierdziele!!- niespodziewanie wybuchł  Ingwar, który był już na skraju nerwów. (W tym momencie chudy tatuażysta przeraziłby samego Imperatora.)
-   Ale, ale co, no ja tylko poznałem swój towar, no co?
-  Czy ktoś jeszcze kupował coś do kuszy u ciebie ostatnio, ktoś się o nas rozpytywał, ktoś obcy? Ktoś w zielonym płaszczu?- Zaczęli na zmianę zadawać pytania Rufus, Ingwar i Domen.
-  E, no, w sumie, tak jak pytacie to tak, był u mnie jeden gość, pytał o trollobójców, gdzie was znajdzie. – zaczął mówić Kurt, zerkając z przestrachem na Ingwara. - Taki w zielonym płaszczu z kapturem, twarzy nie widziałem ale przyjechał na siwku. No nic więcej nie wiem, dajcie mi spokój. 
-   Jeszcze sobie pogadamy – rzucił na odchodne Rufus.

Drużyna postanowiła raz jeszcze się rozejrzeć przy stajni. Rufus spostrzegł świeże ślady podków prowadzące ze stajni w kierunku drogi na Salzenmund. Nie marnując czasu ruszyli na trakt, idąc tropem znalezionym przez drwala. Godzinę drogi od bram miejskich, ślady zakręciły w las, by po zatoczeniu okręgu, wrócić na drogę prowadzącą w stronę Salzenmund. Towarzysze postanowili, że jeśli chcą dogonić zabójcę, muszą iść nocą, zrobili więc prowizoryczne pochodnie i tak, tuż przed świtem ich oczom ukazał się przydrożny zajazd do którego prowadziły ślady. Zmęczeni nocnym marszem postanowili zakraść się po cichu do zajazdu i zakończyć sprawę jak najszybciej. Rufus przekupił stajennego by ten przed świtam wpuścił ich za parkan otaczający zajazd. W stajni  odkryli konia, który pasował do opisu, wypytali się też przekupionego stajennego o jego właściciela.

-   To kobieta panie- rzekł chłopak.
-   Ta kobieta to zabójca, ścigamy ją, masz tu złotą koronę, nie widziałeś nas, zachowuj się, jakby nic się nie wydarzyło – pogroził Rufus, 
         Ruszył z Domenem i Ingwarem do stajni, ukryć się i przygotować zasadzkę. Gdy siedzieli w ukryciu, czekając na ofiarę, nagle usłyszeli kroki. Do stajni wszedł młody chłopak, służący z zajazdu. Zaspani i znużeni wojacy nie zdążyli zareagować w porę i malec ruszył biegiem do zajazdu, drąc się ze strachu przed trzema podejrzanymi typami. (Masters of zasadzkas:))

-  Za nim, szybko - rzucił Domen - Ruszyli biegiem za smarkaczem.

Wpadli przez główne drzwi do sali zajazdu. Tam zaspani goście nie zwrócili uwagi na przestraszonego chłopaka, który przebiegł sale chowając się za szynkwas. Za to wszyscy skupili swój wzrok na trzech typach którzy wpadli do sali. Wszyscy prócz postaci w zielonym płaszczu, siedzącej tyłem do wejścia. Rufus sięgnął jedyną ręką po toporek do rzucania, Doman poluzował miecz, Ingwar, no cóż jak to uczony:

-  Chłopaki, pójdę zagadać, nie możemy tak od razu jej zaatakować.
-  Dobra masz jedną szansę - zgodziła się pozostała dwójka z niesmakiem, powoli zachodząc kobietę.

Ingwar obszedł stolik, przysiadł się i zaczął rozmowę:

-  Dlaczego próbujesz nasz wrobić?- zaczął spokojnie.

Z ust kobiety usłyszał jedynie cichy szept, po czym stracił kontakt z rzeczywistością, jego oczy wywróciły się na drugą stronę. Wstał jak w transie i stanął pomiędzy kobietą a swoimi przyjaciółmi.

-  Psia mać, Ingwar, co robisz - rzucił Rufus, i chwilę później pojął co się dzieje.

Znów miał do czynienia z magią, żarty się skończyły. Domen wypłacił Ingwarowi idealnego liścia, po którym ten na szczęście się ocknął. Rufus szybko skoczył  w stronę stolika, ale kobiety już tam nie było. Ruszyli na zewnątrz, tam Domen kontem oka zauważył jak postać w zielonym płaszczu zwinnymi ruchami ucieka po dachu zajazdu. Nie zastanawiając się długo wystrzelił z kuszy w jej stronę, bełt z trzaskiem uderzył w kamienne dachówki
i rozprysnął się w drzazgi. Tuż za bełtem poszybował topór Rufusa, ale przeleciał nad budynkiem i przepadł po drugiej stronie, tak jak ich cel. Cała trójka ruszyła biegiem okrążając karczmę.  Po drugiej stronie zajazdu, stanęli jak wryci. W cieniu pod ściana zobaczyli ściganą kobietę, stała w lekkim rozkroku, przyszykowana do walki.

-  Zastanówcie się co robicie, możecie to przypłacić życiem, dajcie mi odejść – powiedziała cicho, ale bardzo niepokojąco.

Rufus natychmiast rzucił w stronę kobiety swoim ostatnim toporkiem, chybił. Domen ruszył do walki. Wokół dłoni kobiety zatańczyły ciemnofioletowe światła, po czym jednym słowem oszołomiła Domena i Rufusa, stanęli jak wryci z białkami wywróconymi do góry. Kobieta ruszyła pewnym krokiem w stronę Ingwara.

-  Zejdź mi z drogi chłopcze – rzuciła.

        Ingwar odsunął się na bok nie spuszczając jej z oka. Gdy tylko zniknęła za rogiem budynku podbiegł do kompanów i ocucił ich szybko. Nie marnując czasu cała trójka ruszyła pędem na dziedziniec zajazdu gdzie było już słychać rżenie konia. Rufus zdążył jeszcze podnieść swój toporek. Wybiegli na dziedziniec w momencie gdy kobieta pędem mijała bramę, Rufus po raz kolejny rzucił toporem, tym razem trafnie. Zabójczyni straciła równowagę i spadła z konia, unikając o włos bełtu wystrzelonego przez Domena.

-  Brać ją! -krzyknął Domen porzucając kuszę i rzucając się biegiem w jej stronę. 

         Rufus intuicyjnie zrobił tak samo i wyprzedził gladiatora, wymierzając leżącej jeszcze kobiecie soczystego kopniaka z rozbiegu, prosto w głowę. Ten ześlizgnął się po skroni dziewczyny. W ułamku sekundy magiczka wywinęła się, zgrabnie stając na nogi i sięgając szczęki Rufusa ukrytym w dłoni kastetem. Siła ciosu przestawiła drwalowi szczękę, zobaczył  mroczki przed oczami. Gdy odzyskał świadomość, Domen ciężko dysząc, nadal walczył z kobietą. Huber nie czekając długo wyszarpnął miecz i natarł na wirującą zgrabnie zabójczynię. Ta odbijała ciosy dwójki wojaków, celnie kontratakując. Domen i Rufus  zaczęli wątpić, że dają radę pokonać w walce tą zieloną diablicę.

-  Zastrzel sukę Ingwar!- wrzasną Rufus, po kolejnym ciosie, który tylko cudem sparował mieczem - Na co czekasz strzelaj!
Ingwar stał kilkanaście kroków od nich z załadowaną kuszą i mierzył w walczących.
-  Strzelaj psia mać!- zaklął drwal .

            W tym momencie chłopak zdobył się na odwagę i nacisnął spust, trzask stalowego łuczyska ciężkiej kuszy przetoczył się po dziedzińcu. Masywny bełt wpadł w walczących i wbił się w dziewczynę. O dziwo strzał był dla niej tak pechowy, że przebił kolczugę skrywaną pod płaszczem, wbił się w udo, po czym siłą rozpędu odbił się od kości miednicy i ugrzązł w podbrzuszu. Czarodziejka runęła na ziemię z twarzą wykręconą grymasem bólu ginąc niemal na miejscu.

-  Było się tak nie kręcić i nie cudować, psia twoja mać! –rzucił ostatkiem sił Rufus – dobry strzał Ingwar, w ostatniej chwili żeś usiekł tą su....

Urwał w połowie, gdyż odwracając się w stronę kompana zauważył, że w ich kierunku mierzy z łuków trzech strażników dróg, a dosłownie wszyscy ludzie z zajazdu stoją i gapią się na nich.

-  O w mordę... – zaklął Rufus – uświadamiając sobie jak to wygląda z ich perspektywy.
-  Spokojnie, jestem szlachcicem, mamy do tego prawo, ta kobieta to ścigany przestępca- próbował tłumaczyć się niezgrabnie Domen, machając pierścieniem zabranym wcześniej martwemu szlachcicowi. (No nie wyszedł mu rzut k100, nie wyszedł...)
          
     Niestety zdyszany gladiator nie jest zbyt przekonywujący, szczególnie gdy z pomocą dwóch typów morduje kobietę w biały dzień. To poskutkowało tym, że cała trójka została rozbrojona, rozebrana, związana i wrzucona do ciemnej piwnicy zajazdu w oczekiwaniu na więźniarkę. Następnego dnia przerzucono ich do powozu i zawieziono do Salzenmund. Tam dostali pokój w miejscowych lochach. Na nic zdały się tłumaczenia, prośby  o przewiezienie do Oldenlitz. Po kilku tygodniach leżenia w lochach, miejscowi oprawcy postanowili rozruszać nieco bohaterów. Pierwszy z celi został wywleczony Rufus. Niestety, nie dogadał się z oprawcami, co odczuł na swojej skórze. Na drugi ogień poszedł Ingwar, i to dosłownie na ogień, bo swąd palonego mięsa rozniósł się po całym „spa”. Ostatni do zabawy został zaproszony Domen. Jego z kolei postanowiono nauczyć jogi,
a przynajmniej to dało się wydedukować po odgłosach dochodzących z „sali gimnastycznej”. Jako że Rufus został potraktowany nieco po macoszemu, oprawcy zaprosili go na drugą rundę pytań, co poskutkowało ciężką kontuzją – zmiażdżeniem stopy -  jego odpowiedzi nadal nie były satysfakcjonujące. Na całe szczęście, następnej nocy w drzwiach ich celi pojawiły się dwie zakapturzone postacie. Ubrane były w charakterystyczne stroje kapłanów kultu Damesu z Oldenlitz. Drużynę w lochach zastąpiło trzech żebraków, cała trójka, pod osłoną nocy, została ukryta w piwnicach jakiejś kamienicy w Salzenmud. Tam musieli spędzić następne kilka tygodni w ukryciu. Jednoręki drwal awansował w tym czasie na jednorękiego i jednonogiego drwala, gdyż noga była do tego stopnia zmiażdżona, że nie dało jej się uratować. (Se porąbie...) Po kilku tygodniach, banda wynędzniałych herosów została przewieziona w tajemnicy do Oldenlitz i bez słowa wrzucona do wielkiego pomieszczenia, pełnego kamiennych rzeźb, które były tak piękne, jak i przerażające w swej realności. Domyślili się, że to podziemia świątyni Damesu. W ciemności, coś nieludzkiego poruszało się, sycząc raz po raz. Po paru chwilach kadłubek drwala domyślił się co tak naprawdę oznacza słowo - DAMESU.
Miała posturę zgrabnej, pięknej kobiety. Jej twarz, zamiast włosów okalały wijące się węże, które z ciekawością wpatrywały się w bohaterów, posykując i wysuwając nerwowo dziesiątki małych języków. Smukłe ciało pokryte było łuskami. Ręce zakończone szponami i wężowy ogon zamiast nóg dopełniał przerażającego obrazu demona, który ukazał się w półmroku -  Meduza...

-  Witajcie me dzieci w mojej sssświątyni. - usłyszeli łagodny ale niepokojący głos kobiety -Sssssłyszałam od moich kapłanów, żesssście nie zdradzili tajemnic kultu mimo tortur - Demon uśmiechał się podejrzanie i mówił dalej- Zabiliście też jednego z moich wrogów, maga i imperialnego szpiega. Jak mogę wam wynagrodzić wasssszą lojalnosssść, powiedzcie, czego ssssobie życzycie?

           W głowie Rufusa wrzało od myśli, mieszał się w nim strach, przerażenie i podziw dla demona, powoli zaczął popadać w zauroczenie. Zebrał w sobie resztki sił i odpowiedział pierwszy:

-  Pani, pragnę ci służyć. Ulecz me rany bym mógł ci służyć lepiej.
-  Niech ssssię zatem tak sssstanie. - uśmiechnęła się kobieta pokazując rząd idealnie zaostrzonych zębów.

            W tym momencie ciało drwala przeszył lodowaty dreszcz, a utracone kończyny zaczęły promieniować bladym światłem. Ręka i noga zaczęły z wolna odbudowywać swój kształt. Rufus poczuł mrowienie i po chwili podniósł się z ziemi o własnych siłach. Oszołomiony, zdał sobie sprawę, że osiągnął to co sobie przysiągł – odzyskał sprawność, odzyskał utraconą rękę. (I dopisaną do listy nogę.) Tylko gdzieś w głębi przerażała go myśl, ile będzie musiał teraz za to wszystko zapłacić, ta myśl zaczęła pulsować w jego sercu wywołując przerażenie...
            Pozostała dwójka też została zapytana przez demona czego by pragnęli. Ingwar poprosił nieśmiało wężową damę o dostęp do tajemnych ksiąg by móc zacząć tworzyć magiczne tatuaże. Domen natomiast odmówił przyjęcia jakiegokolwiek daru, i oczekiwał
w milczeniu na rozwój wydarzeń. Rufus nie rozumiał czemu gladiator o nic nie prosi, czyżby zaraził się od Ingwara honorem, wyrzutami sumienia??? Ciekawe czy imperialni bogowie choć raz go wysłuchali tak jak Damesu, czy choć raz coś dla niego zrobili??? Jego strata. Jest w tym gównie tak samo umoczony jak całe Oldenlitz. Nie pozostaje nic innego jak tylko dołożyć wszelkich starań by kult Damesu rósł w siłę....  















Nie umiałem się powstrzymać ..... :D

2 komentarze: