poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Warhammer FRPG – Ile jest warte 50 złotych koron w Starym Świecie.



Czas wakacji i urlopu nieubłaganie zbliża się ku końcowi, pora więc podsumować to, co się wydarzyło w ostatnich sesjach WH FRPG. Będzie to raczej mniej szczegółowy opis losów Rufusa Hubera i jego przyjaciół, gdyż po tak dużej przerwie niektóre ze szczegółów bezpowrotnie zostały zapomniane. (Trzeba było spisywać na bieżąco ale wszyscy wiemy jak to jest podczas wakacji ;) )
A więc...

Zaczęło się jak zawsze, w karczmie „U Kata”. Po paru kuflach podłego miejscowego piwa, Rufusowi udało się przekonać Ingwara, do tego by zrobił mu jeden ze swoich „magicznych” tatuaży. Młody tatuażysta z lekkim zdenerwowaniem, przystąpił do pracy i już po paru godzinach Rufus mógł się pochwalić całkiem udaną głową trolla na swoich plecach. Opijając dzieło „młodego” Rolf Errlich zauważył przez okno karczmy człowieka, który wzbudził jego niepokój. Po chwili przypomniał sobie kto to był – jeden ze zbrojnych, pozostawiony na pastwę wampirowi podczas wyprawy do kopalni na Mglistych Wzgórzach. Nie musiał długo przekonywać Ingara i Rufusa do tego żeby sprawdzić gdzie ten typ idzie. Cała trójka podążała jego śladem aż do Ogrodu Morra, położonego niedaleko bramy wejściowej do Oldenlitz. Niestety, na cmentarzu trop się urwał, a Ingwar i Rufus - dodatkowo znieczuleni piwskiem - skończyli tropienie wpadając do świeżo wykopanego grobu z którego wyciągać ich musiał miejscowy kapłan...
            Po tym obciachu, przyjaciele wrócili do knajpy, która wydawała się najwygodniejszym i najbezpieczniejszym miejscem. Tam też odnaleźli ich następni podróżni, zainteresowani wynajęciem kogoś, kto zna się na robocie. Tym razem było to dwóch przybyszów w płaszczach z głębokimi kapturami i sakiewkami, oszczędnych w słowach, którzy wyglądali na elfy lub wyjątkowo zniewieściałych uczonych ( gdyby ktoś z naszej ekipy widział elfa, to była by pewność:) ). Mieli do zaoferowania to coś, co przekona każdego bywalca mordowni „U Kata” do ruszenia dupy, 50 złotych koron na głowę za prostą robotę. Potrzebowali eskorty i przewodników podczas wyprawy do kurhanów znajdujących się gdzieś na Mglistych Wzgórzach.
            Wyruszyli więc następnego dnia skoro świt. Droga do kurhanu przebiegała wyjątkowo spokojnie z małym wyjątkiem. W pobliżu mostu, w okolicach gdzie Rufus i Walter znaleźli truchło trolla, Huber postanowił zajrzeć do jaskini pod mostem. Gdy marne światło pochodni oświetliło wnętrze pieczary, Rufus zobaczył pod ścianą wielkie zielone cielsko trolla z śmiesznie małą głową (A jednak się skubaniec zregenerował...). Przygłupie oczy potwora wpatrywały się w awanturnika, a raczej w jego plecy gdy z krzykiem wracał ostrzec resztę o tym co znalazł (Albo co obudził...) Nikt nie był tym znaleziskiem zachwycony, nikt prócz Waltera, który wraz z Rufusem chciał ubić poczwarę, zastawiając na nią jakąś zmyślną pułapkę. Niestety nie udało im się przekonać do swoich zamiarów reszty podróżnych i ruszyli w dalszą drogę odciągając uwagę trolla, zrzucając mu część zapasów jedzenia. Po dotarciu na miejsce, niedaleko grobowca rozbili obóz i zaczęli odkopywać kurhan. Później elfowie nakazali awanturnikom rozbić pieczęcie i otworzyć grobowiec. Z lekkim zmieszaniem i niepewnością polecenie zostało wykonane ( co robi z człowiekiem 50 złotych koron w Starym Świecie, eh...).
            W tym momencie sprawy zaczęły przyjmować gorszy obrót, jeden z uczonych wszedł do wnętrza kurhanu, z którego zaczęło się wydobywać jasne światło. Ingwar, który już wcześniej był wyjątkowo nerwowy nie wytrzymał i chciał powstrzymać badaczy ale został uśpiony jakimś zmyślnym zaklęciem i stał tylko jak słup soli. Gdy uczony opuścił kopiec, awanturnicy zostali poproszeni o wyniesienie rzeczy które tam są. Jeden po drugim zaczęli wchodzić w jasny snop światła, w głąb grobowca (Ah te 50 złotych koron, tak pięknie usypia rozsądek...). No, jakie było nasze zaskoczenie gdy wewnątrz, zamiast przygotowanych pakunków znajdował się tron ze szkieletem ubranym w prastary pancerz. (chyba żadne :P) I oczywiście musiał się przebudzić, pierdzielony suchar. Drużyna razem stanęła do walki z nieumarłym, ale efekty jej były mizerne. Nie mieli ze sobą niczego, co mogło zranić upiora. Pan Mglistych Wzgórz nie chciał jednak ich śmierci, dał im możliwość wykupienia swojego życia, jeśli tylko dostarczą mu za każdego członka drużyny dwie żywe osoby. Z mniejszymi lub większymi oporami i wyrzutami sumienia awanturnicy przypieczętowali przysięgę własną krwią ( Tak jakby mieli inne wyjście:)). Oczywiście po opuszczeniu grobowca ślad po Elfach/uczonych się urwał. I tak zmęczeni, z kolejnymi kłopotami na karku postanowili wrócić do Oldenlitz.

. . . . . .

            Regenerując utracone siły miejscowym piwem w mordowni „U Kata”, cała drużyna burzliwie dyskutowała co teraz mają zrobić. Pomysłów było sporo, jedne bardziej humanitarne, drugie mniej.  Jedynym nieobecnym przy rozmowach był Ingwar, który przebywający w dalszym ciągu w śpiączce, został zostawiony pod opieką swojej żony. (Która swoją drogą z zaciekawieniem spoglądała w stronę Rufusa...).
            Po rozmowie w karczmie poszukiwacze przygód postanowili, że o tym co zdarzyło się na Mglistych Wzgórzach powinna dowiedzieć się Damesu, może ona im pomoże, wszak, jak na razie, służą jej bardzo dobrze. W między czasie, Rufus, odwiedził swojego kolegę Ingwara, (Z troski o kolegę oczywiście...). Niestety ten dalej był pogrążony we śnie. Nie przeszkadzało to jednak jego żonie, która obdarzyła swoimi wdziękami Rufusa (Się jakoś specjalnie nie bronił chłopak...). Ingwar spał jak zabity... Tak czy owak, drużyna wykorzystując to, że Rolf ma największe poważanie u ich bóstwa, zdołali wyprosić spotkanie w podziemiach świątyni. Meduza miała dla nich inne plany. Postanowiła im pomóc, ale zażądała żeby awanturnicy przeciągnęli upiora na jej stronę. Pozwoliła im zabrać z kopalni na Mglistych Wzgórzach grupę ludzi, która wykupi ich z przysięgi i kilkoro gratis, jako dar dla umarłego. Po spotkaniu, meduza uwiodła Rufusa, który po nocy z demonicą zaczął popadać w lekki obłęd.
            Awanturnicy tymczasem zaopatrzyli się w powóz i ruszyli w drogę do kopalni. Przy moście musieli przekupić trolla jedzeniem tak, jak ostatnim razem. Na miejscu pobili nieźle zarządcę kopalni, by ten pomógł im przekonać ludzi, że muszą się z nimi udać w podróż do Oldenlitz, tak dla ich dobra. I tak z wozem pełnym niczego nie podejrzewających, kobiet i dzieci, udali się w stronę grobowca. Na miejscu, Pan Mglistych Wzgórz pochłonął dusze przestraszonych ludzi i przywrócił ich do życia jako szkielety. Zwolnił tym samym wszystkich awanturników z przysięgi. Kazał też przekazać Damesu, że zgodzi się na współpracę, gdy ta w geście dobrej woli otworzy dla niego bramy Oldenlitz, by ten mógł uczynić z mieszkańców swoją armię umarłych.
            I tak drużyna po raz kolejny ruszyła w drogę do Oldenlitz, po raz wtóry przekupując trolla pod mostem, który sprawiał wrażenie jakby czekał na awanturników bez cienia agresji, za to z lekkim zainteresowaniem. (Jeszcze się zaprzyjaźni...). Na miejscu, przekazali słowa upiora Damesu, a ta zgodziła się ofiarować mieszkańców i rozkazała całej piątce wykonać rozkaz i otworzyć wrota Oldenlitz, gdy nadejdzie Pan Mglistych Wzgórz...
            Po tych wydarzeniach piwo w mordowni „U Kata” nie było w stanie ukoić nerwów i sumienia awanturników. Powoli popadali w obłęd, u Rufusa poziom patologii którą przedstawiał sięgał zenitu (ups...), poskutkował to tym, iż nabawił się choroby psychicznej, jak na razie nie dostrzeżonej przez kompanów – nie jest już w stanie mówić prawdy, stał się patologicznym kłamcą.
           
. . . . . .

I tak, pijąc piwo i czekając na nadejście upiora oraz wydanie wszystkich mieszkańców na śmierć (albo coś jeszcze gorszego), drużyna zaczęła układać plan jak by się tu z tej całej sytuacji wykręcić. Przy rozmowie, Walter Neum przyznał się, że ma tajne kontakty z Inkwizycją Sigmara. Po paru kolejkach i długiej kłótni, przekonał wszystkich do zabicia demona. Dzięki swoim powiązaniom, załatwił truciznę, którą mieli pokryć broń, żeby zabić bóstwo. Aby wykonać plan, musieli się dostać do podziemi miejscowej świątyni, gdzie przebywała Meduza. Na całe szczęście drogę w krętych korytarzach znał Rolf, który zawsze osobiście dostawał rozkazy od Damesu. Strażników nie udało się przekonać ani przekupić więc zostali szybko zabici, jeden po drugim. Gdy w końcu dotarli do komnat meduzy, zawahali się przez chwile i Damesu nie dała się zaskoczyć. Ruszyli więc do szarży. W tym momencie demon zaczął czarować. Rufus Huber odczuł to najbardziej, kończyny, które bóstwo ( jak był przekonany ) mu zregenerowało w momencie przestały istnieć. Runą więc jak długi na ziemi i mógł tylko patrzeć w szoku jak jego przyjaciele szlachtują demona. W tym momencie zaczął żałować swojej decyzji. Ale było już za późno. Damesu padła pod ciosami zatrutego żelaza. Sami awanturnicy musieli ratować się ucieczką tajnymi korytarzami przed zaalarmowanymi kultystami. Tylko cudem udało im się uciec z kadłubkiem Rufusa. Wydostali się za miasto, do kryjówki, którą wskazał im Walter. Stamtąd łodziami udało im się odpłynąć w stronę Salzenmud, pozostawiając na pastwę kultystów swoje rodziny...

. . . . . .

Po przemyceniu drużyny do Salzenmud, Rufus z pomocą Ingwara poszukał sobie protez, za resztę pieniędzy. Rolf i Walter nieskutecznie próbowali uzyskać pomoc u miejscowych duchownych Sigmara i Ulryka. Włodarze miasta do których dotarli również nie kiwnęli palcem. Wygląda na to, że kult Damesu rozrósł się też w innych miastach, a przynajmniej miał tu swoje koneksje. Dodatkowo za awanturnikami zostały wydane listy gończe co zmusiło ich do ucieczki z Salzenmud.

. . . . . .


I w tym momencie kończy się pierwszy „sezon” przygód Rufusa Hubera, Rolfa Errlicha, Domena Prefta, Ingwara Egossona i Waltera Neuma. Postać Rufusa – jednorękiego drwala – oprawcy – ma chyba jak na razie najbardziej przesrane ( :) ). Nie dość, że jest totalnym kaleką, to jeszcze osiągnęła poziom skrajnej patologii... Nie jestem pewien czy Huber ma szanse wydostać się z tej spirali zła jaką zaczął, począwszy od wylosowania kalectwa i złego charakteru, na dodatek z chorobą psychiczną... No cóż, trzeba będzie się pomęczyć, ale jak na razie najważniejsze jest to, że przeżył, a to w Starym Świecie nie jest takie łatwe ( mając tak pokręconego MG :) )...




9 komentarzy:

  1. Już i tak nie będę miał bardziej pod górkę..... więc tak, pokręcony jak cholera:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawa historia! Podoba mi się ten iście mroczno - staroświatowy motyw popadania w coraz gorsze tarapaty, przy próbach ratowania sytuacji. Zaiste, prawdziwie "dark" a nie "heroic" fantasy macie na sesji!

    P.S. Gość bez rąk i nóg - takiej postaci gracza jeszcze nie widziałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez jednej ręki i jednej nogi. Więc nie jest źle ;)

      Usuń
    2. Jakoś mnie ten "kadłubek" zmylił. W takim razie dziwię się, że nic nie zrobił w trakcie "walki z bossem" ;P.

      Usuń
    3. Zrobił, przewrócił się i mocno zdziwił. :D

      Usuń
  3. Tak, nasze sesje są bardzo nie "heroic" :) A co do walki, dość szybko poszła, nim się zdołał otrząsnąć z szoku było po wszystkim. Dał tylko radę rzucić niecelnie sztyletem:) Za niedługo zobaczymy jak nisko może upaść ta postać:P Ostatecznie, będzie niezłym żebrakiem:) Takim z predyspozycjami do wykonywania zawodu:D

    OdpowiedzUsuń