wtorek, 22 maja 2018

Warhammer FRPG - "Z deszczu pod rynnę".


          Druga przygoda prowadzona przez QC w klubie "Inny Wymiar" przyciągnęła rekordową (przynajmniej jak dla mnie) liczbę graczy - aż 9. Było wesoło ale spisanie wszystkiego było niezłą gimnastyką pamięci. Bez przeciągania, w przygodzie udział wzięli:
Gorimm Guttrisson - krasnolud, Kvint Brannsudson - gnom, Matthias Arbeiter - człowiek, Hugo Overhill - niziołek, Sigurd Peterson - krasnolud, Vulgrim (Guślarz) - człowiek, Johann (Mag) - człowiek i Frederikk - niziołek trubadur.



          Dalsze przygody wyżej wymienionych postaci zaczęły się od podróży potwornie przepełnioną barką rzeczną w kierunku stolicy Inperium. Dwa długie dni zajęło wstawionemu szyprowi dopłynięcie do pierwszego portu rzecznego o wdzięcznej nazwie "Łodzie i Wiosła". Jak się szybko okazało przybytek w większości został zajęty przez szlachtę z całą masą zbrojnych i służbą. Awanturnikom udało się jednak dostać miejsce na spoczynek. Wieczór spędzili na pogłębianiu nowych znajomości przy kilku kuflach miejscowego piwa, jak i na wymienianiu się plotkami oraz zasłyszanymi historiami.
          Kvint i Hugo spróbowali swoich sił w rzucaniu nożami z niejakim Philippe, który ostatecznie został pokonany przez Hugo. Niziołek zgarnął sporo złotych koron, w części wygranych od gnoma (który jak można się domyślać nie przełknął tego miło). Natomiast drugi z niziołków - Frederikk, za swoje popisy zyskał sowitą zapłatę w postaci złota i nocy spędzonej z służkami.
          Poranek w przybytku "Łodzie i Wiosła" przyniósł kilka złych wiadomości. Po pierwsze ktoś lub coś, w nocy zatopiło prawie wszystkie łodzie stojące w porcie. Ocalała jedna, którą od razu zajęła szlachcianka ze swoimi zbrojnymi. Drużyna była o krok od siłowego wywalczenia sobie miejsca na barce, ale ostatecznie sprawa została załatwiona polubownie. Szlachta z całym swoim majdanem oraz awanturnicy znaleźli swoje miejsce na łodzi w ramach ochrony szlachcianki. Drugą niemiłą sprawą było odnalezienie okaleczonych, oskórowanych ciał dwóch marynarzy, którzy zostali porzuceni na wypalonej ziemi a ich trupy ktoś ułożył w znak chaosu. Johann i Vulgrim nie byli w stanie odkryć co się stało, pozostałości plugawej magii skutecznie im to uniemożliwiały.
          Nie było jednak czasu na zastanowienie się co dalej począć, gdyż szlachcianka, Lady Isolda, wydała rozkaz wyruszenia w dalszą podróż. Awanturnicy zdołali jeszcze zgarnąć zalanego w trupa szypra i czym prędzej opuścili port.
            Na kolejne złe wydarzenia nie trzeba było długo czekać. Zaraz po opuszczeniu portu, raz po raz, na sąsiednim brzegu rzeki dało się słyszeć przeraźliwe wycie. Coś podążało za barką pod osłona ciemnego lasu. Zalanego szypra musiał zastępować Vulgrim, który o dziwo całkiem sprawnie manewrował starą barką. Nie nacieszył się jednak długo nowym stanowiskiem. Po kilku godzinach, na horyzoncie pojawiła się prymitywna zapora, złożona z kilku drzew powalonych do koryta rzeki. Zarówno na brzegu jak i na samej zaporze, dostrzec można było owłosione, człekokształtne ciała zwierzoludzi szykujących się do walki. Vulgrim spróbował przebić się przez powalone drwa, lecz ostatecznie barka zderzyła się z zaporą, wyrzucając część drużyny za burtę. Rozpoczęła się chaotyczna walka. Kvint i Hugo celnie strzelali z kusz, zabijając kilku zwierzoludzi i szczęśliwie unikając bełtów wymierzonych w stłoczonych na barce ludzi. Krasnoludy zaraz po tym jak wydostały się z wody, ruszyły z odsieczą walczącym zbrojnym. Magowie raz po raz rzucali zaklęciami, skutecznie eliminując chaotyczne stwory.
          


          Po szybkiej i zawziętej walce, zwierzoludzie uciekli. Barka została poważnie uszkodzona a wielu zbrojnych poległo. Awanturnicy, o dziwo, wyszli z tego bez szwanku, dobrze współpracując i pomagając sobie nawzajem. Barkę udało się przyciągnąć do brzegu i można było ją zacząć naprawiać. W tym czasie, Matthias, krasnoludowie i gnom, ruszyli rozejrzeć się po okolicy. Po dłuższej chwili, natknęli się na resztki roztrzaskanej łodzi i krwawe ślady, ciągnące się od brzegu w głąb lasu. Podążając za nimi, odkryli martwe ciało mężczyzny, który był przerażająco podobny do Matthiasa Arbeitera. Było to o tyle dziwne, gdyż trup miał te same blizny i znamiona co awanturnik. Po przeszukaniu nieszczęśnika, kompani znaleźli sygnet i list:


           Oczy Gorimma, Sigurda i Kvinta rozbłysnęły po przeczytaniu tych słów. Z miejsca Matthias Arbeiter stał się dla nich baronetem - Kastorem Lieberungiem i za cel postawili sobie dostarczenie go do Bogenhafen, choć sam "baronet" nie był tak do końca pewny, czy to dobry pomysł i czy w ogóle tego chce:) Niskopienni i nowy Kastor, postanowili zatrzymać wszystkie fakty dla siebie, a ciało prawdziwego baroneta pogrzebali głęboko pod ziemią. Obietnica majątku zawarta w liście stłumiła wszelkie wątpliwości i dziwactwa jakie ta sytuacja postawiła przed kompanami.
           W między czasie, w pobliżu uszkodzonej barki zjawili się strażnicy rzeczni, którzy na swoje nieszczęście zostali zmuszeni do podjęcia na swój pokład Lady Isoldy z resztą dworu i obstawą. Następnie, wedle rozkazów, z ponurymi minami odpłynęli czym prędzej w stronę Altdorfu.
           Drużynie udało się naprawić barkę i gdy zapadł zmrok, wyruszyli w dalszą podróż. Grubo po północy, udało się im dopłynąć do kolejnego portu, a skacowany szyper oznajmił, że tu muszą zacumować, gdyż dalsza podróż jest zbyt niebezpieczna.



           I tak cała kompania zeszła na brzeg, udając się do przybytku pod wdzięczną nazwą "Człowiek w Kapturze".
           Portowa karczma nie była oblegana a prócz karczmarza w izbie siedziało na oko 7 strażników rzecznych. Tak więc strudzeni poszukiwacze przygód rozłożyli się wygodnie, zamówili napitek i posiłek, pogrążając się w snuciu planów na najbliższe dni.
           Jednak w starym świecie zło czai się wszędzie, i tym razem awanturnicy nie mieli szczęścia by spędzić choć ten wieczór w spokoju.
           Zaczęło się od gnoma, który dzięki swojemu nadnaturalnemu wręcz zmysłowi węchu, wyczuł w jedzeniu coś podejrzanego. Krasnoludowie i Frederikk potwierdzili jego obawy, natomiast niziołek Hugo dał ostateczny dowód na zatrucie jadła zwalając się nieprzytomny pod stół. Atmosfera z miejsca zrobiła się nieprzyjemna. Podróżnicy podtruci jadłem zaczęli bacznie przyglądać się karczmarzowi i siedzącym w izbie strażnikom. Dopiero teraz dostrzegli, że karczmarz jest najchudszym i najtrzeźwiejszym gospodarzem jakiego widzieli w tawernach starego świata a mundury strażników są poszarpane i pokryte zaschniętą krwią. Do awanturników dotarło, że trafili z deszczu pod rynnę. Łotrzy, przebrani za strażników, zauważyli reakcję drużyny i powoli odstawili swoje kufle, po czym zaczęli z wolna sięgać po broń. Oprych, który udawał karczmarza zamkną drzwi i zniknął w kuchni. Niziołek Frederikke, widząc co się szykuje, porwał kufel piwa i wydzierając się okropnie cisnął na oślep, trafiając niestety w ścianę. To rozpoczęło karczemną bójkę.            
           "Strażnicy" skoczyli do ataku, ale nie byli zbyt dobrzy w walce, bo mimo otumanienia, drużyna nie dała się zaskoczyć i szybko przejęła inicjatywę. Pod ciosami krasnoludów padło dwóch pierwszych strażników nim Frederikke zaczerpnął powietrza by wydrzeć się ponownie. Okazało się, że awanturnicy dobrze sobie radzą w walce i kwestią chwili było gdy wszyscy oszuści zostaną zabici bądź ciężko poranieni. Niestety nikt nie zainteresował się fałszywym karczmarzem, a ten, gdy już wszystko miało się kończyć wyskoczył z zaplecza, z naładowanym po czubek lufy garłaczem w drżących rękach i wypalił na oślep, nie patrząc czy rani swoich kompanów czy przeciwników. Skutek był powalający, dosłownie. Każdy w izbie oberwał od wystrzału. Na szczęście najbardziej poszkodowani byli kompani łotra, którzy przyjęli na swoje plecy większość pocisków i osunęli się pokrwawieni na deski karczmy. Awanturnicy, poranieni powierzchownie, ustali na własnych nogach ogarniając otępiałym wzrokiem co się właściwie stało. (Prócz jednego z niziołków, który i tak spał w najlepsze pod stołem odurzony narkotykiem). Najszybciej oprzytomniał Johann, który szybkim zaklęciem powalił karczmarza na ziemię, nim dym po wystrzale zdążył opaść. (Nie wiedzieć jak i skąd, w chwilę po tym jak garłacz wypadł z rąk łotra i upadła na podłogę, Sigurd, najstarszy krasnolud, zawsze śpiący i niemrawy, już pieścił go czule w swych sękatych dłoniach :)). Walka była skończona.
           Rannym łotrom została okazana łaska, wszystkich z wyjątkiem jednego sprawnie dobito. Tego podszywającego się pod karczmarza, jako że był tylko oszołomiony zaklęciem, wzięto na rozmowę. W rękach Gorimma, Kwinta i Matthiasa szybko zaczął odpowiadać na pytania. (Rozgrzane żelazo przypalające mu stopy też pomogło :)) Awanturnicy dowiedzieli się, że w karczmie był odprawiony chaotyczny rytuał, którego skutkiem było przyzwanie demona, co gorsze, ten demon wciąż miał przebywać w piwnicy pod podłogą karczmy... Oczywiście łotr zmyślał też coś o elfach które ich opętały lub namówiły do pomocy, ale sprawę demona trzeba było zbadać.
           Drużyna szybko odnalazła klapę prowadzącą do piwnicy. Tylko jak sprawdzić czy w ciemnych czeluściach pod karczmą coś się czai? Rozwiązanie podsunął rudy gnom - "Wrzućmy karczmarza!?". Gorimm z szyderczym uśmiechem kiwnął głową, i zanim ktokolwiek z awanturników zdążył zareagować, łotr (uprzednio zachęcony kopem w tylną część ciała) poszybował w dół piwnicy, omijając drabinę. Dało się usłyszeć stłumione gruchnięcie i kilka jęków. Po chwili, w ciemności rozległ się cichy śmiech, coś przemówiło do wydzierającego się łotra, po czym rozległ nieprzyjemny odgłos chrupnięcia i nastała cisza... Kvint czym prędzej zatrzasnął klapę. Wszyscy spojrzeli po sobie ze strachem. Moment  później mag życia, Johann, wygiął się w nienaturalny sposób a jego kończyny zaczęły się wykręcać pod karykaturalnymi kontami. Nie czekając na finał tej sceny, Matthias wyrżnął maga w twarz, po czym Johann upadł na podłogę i znieruchomiał. (Tak się załatwia egzorcyzmy :P).            Jednocześnie, nie patrząc na strach i nie myśląc o konsekwencjach, do piwnicy wskoczył Gorimm, trzymając w rękach topór. Awanturnicy spróbowali opanować swój strach, po czym rzucili się do walki z demonem. 
           


           Różowy stwór, z przerośniętymi kończynami wyrastającymi z ciała, które zdawało się być też głową, uśmiechał się szyderczo i śmiał, podczas gdy krasnoludy uderzyły w niego z impetem. Z pomocą przyszedł Vulgrim, który odpowiednim zaklęciem ranił demona. Po tym popisie magii, Gorimm zebrał wszystkie siły i ranił poważnie strachulca, który zamigotał, zaklął i zamienił się w obłok różowego dymu. Niestety to nie był koniec walki. Z obłoku wyskoczyły dwa mniejsze demony, będące kopią dużego, różnił je tylko kolor, były niebieskie, i zdecydowanie mniej wesołe. Rzuciły się na Gorimma i Sigurda klnąc oraz jazgocząc. Całe szczęście krasnoludy ustały szarżę i sprawnie, z pomocą maga, zatłukły, jeden po drugim plugawe pomioty. Ostatni, chwilę przed tym jak Sigurd wyrżnął go potężnie toporem, zaczął obiecywać góry złota, władzę, i w momencie gdy zaczął mówić coś o fałszywym baronecie... zniknął w oparach niebieskiego dymu. Zapadła głucha cisza a wszyscy zaczęli odczuwać jak bardzo są zmęczeni i poranieni.
           Drużynie pozostało jeszcze rozejrzeć się po piwnicy. Przeszukanie potwierdziło fakt, że ktoś odprawił rytuał przyzwania strachulca, ale sam przy tym zginął, rozerwany przez demona. Pozostała po nim jedynie księga oprawiona w ludzką skórę, która zawierała zaklęcia i opis rytuału przywołania demona. Vulgrim chciał zabrać księgę, ale zmuszony przez awanturników, zostawił ją w piwnicy, przynajmniej tak się wszystkim wydawało...    
           Zmęczeni, poranieni i oszołomieni narkotykami poszukiwacze przygód, postanowili spalić całą karczmę wraz z księgą, ciałami łotrów i wszystkimi plugastwami które się kiedykolwiek tu wydarzyły i mogły się jeszcze znajdować. (Na szczęście w porę przypomnieli sobie o leżącym gdzieś w izbie niziołku Hugo:)
            Wielki pożar, który trawił "Człowieka w Kapturze" oświetlił jeszcze rzekę, którą przepływała kolejna przepełniona barka. Jej pasażerowie z zaciekawianiem oglądali to co działo się w porcie. Z ich punktu widzenia awanturnicy palący karczmę musieli wyglądać dość niepokojąco. Nie wiedzieli przecież, jak wielkie zło zostało właśnie pokonane i jak wiele wysiłku musiało ich to kosztować.

2 komentarze: